Wyzwanie audio-psycho-fonologii
Wyzwanie audio-psycho-fonologii — wykład inauguracyjny, Chrześcijański Uniwersytet w Potchefstroom (Republika Południowej Afryki)
Z wielu względów pragnę okazać Państwu radość, jaką daje mi zainaugurowanie tego sympozjum.
Sposobność przebywania wśród Państwa jest bez wątpienia jednym z głównych powodów tej satysfakcji. Znają Państwo bowiem poczesne miejsce, jakie przypisujemy, moja małżonka i ja sam, naszym przyjaźniom i naszym relacjom z Uniwersytetem w Potchefstroom. Następnie możliwość, jaką mi Państwo dają, by wypowiedzieć się o przedmiocie badań, który zajął niemal całość mojego istnienia, jest kolejnym, niebagatelnym powodem. Wreszcie fakt zaproszenia mnie, bym uznał za wyzwanie dzieło, które się dokonuje, stanowi jeden z najpewniejszych sposobów skłonienia mnie do udziału w tym spotkaniu.
Niewątpliwie Profesor Van Jaarsveld znał już moją odpowiedź, gdy zaproponował mi tytuł tego wystąpienia, wiedząc, jak bardzo lubię podejmować i wspierać wyzwanie. Prawdą jest, że z własnej inicjatywy nie przypisałbym sobie prawa do zaangażowania się w takie przedsięwzięcie, choćby dlatego, że nie wydawało mi się oczywiste sądzić, by moja działalność mogła być odczuwana jako rzeczywiste wyzwanie.
Jest to więc całkiem nowe dla mnie rozjaśnienie świadomości, jakie wzbudziła ta prośba, a skutki, które miała wywołać, dość potężne, by pchnąć mnie do sprecyzowania mojej myśli w celu usytuowania, z jednej strony, całości moich prac wobec psychologii.
Rozważenia ich, z drugiej strony, w ich wymiarze pedagogicznym, i wreszcie określenia ich statusu wobec sfery medycznej. Dano mi w ten sposób szansę oceny, w pewnej mierze, wkładu, jaki te badania mogły wnieść w różne dziedziny wiedzy.
Oczywiste jest, że jestem zarazem najlepiej wyznaczony, by wyliczyć i ponazywać różne potencjalności Audio-Psycho-Fonologii, nauki, którą dane mi było wypracować od podstaw; lecz niewątpliwie jestem również najgorzej usytuowany, by oceniać dokonane dzieło, będąc sam zbyt weń uwikłany. Jednak z pomocą wieku oraz codziennego postępu w lepszym rozumieniu mechanizmów rządzących psychiką, nieustannie podpierających uzyskane wyniki, wydaje mi się teraz możliwe obiektywne przeanalizowanie całości zrealizowanych prac. Niewątpliwie przy tej okazji każdy upływający dzień ujawnia mi przywilej, jakim jest starzenie się. Czyż najpewniejszy sposób osiągnięcia dojrzałego wieku nie tkwi w radości, jaka jest nam dana, by posuwać się z pełnią po wytyczonej drodze i w granicach czasu, który dane nam jest przeżyć? To wówczas wiedza zostaje nam udzielana o wszystkich rzeczach, z tym większą hojnością, im bardziej będziemy dyspozycyjni i zdolni przyjmować, by wszystko oddać.
Jakość wyzwania tkwi tyleż w fakcie wprowadzenia nowego, niespodziewanego, osobliwego impaktu, który zakłóca lub przynajmniej modyfikuje ustalony porządek, co w konieczności podtrzymywania wysiłku przez długi czas, w trakcie którego oczywistości się ustanawiają. Konieczne jest bowiem, by ten pierwotny impakt, prawdziwy impuls, był nieustannie ożywiany przez nowe propozycje badawcze, które same muszą być nieustannie reanimowane. Takie jest prawo. Wszelka propagacja, która chce się utrzymać, wymaga, by początkowy wysiłek był podtrzymywany bez przerwy. Każdy wie bowiem, że problemem impulsu jest opieranie się efektom tłumienia. Musi on rozprzestrzeniać się w czasie i w przestrzeni bez utraty energii. Wiadomo też — i dane nam było stwierdzić to wielokrotnie — że wszelkie odchylenie pociąga za sobą skutki uboczne, które szybko wywołują opory wynikające z działania zbudowanych w ten sposób systemów aberrantnych. Dodajmy, że te ostatnie najczęściej kończą się wzajemnym znoszeniem się dzięki efektom interferencji, które wywołuje uruchomienie tych anormalnych mechanizmów.
Często ma się skłonność do przypinania wyzwaniu etykiety walki. Prawdą jest, że obraz nie jest zbyt mocny, ponieważ chodzi w istocie o nieustanną walkę prowadzoną przeciw uprzedzeniom ludzi, i ponieważ chodzi również o nieustanne kwestionowanie wiedzy chwili, aby na końcu drogi można było, dzięki intuicjom i obserwacjom, dotrzeć do samego miejsca, gdzie wszystko jest prawdą poprzez oczywistość. Lecz nic nie jest tak delikatne jak wypowiedzenie oczywistości, ponieważ wymyka się ona hipotezom i przez to unika wszelkich teorii. Narzuca się sama z siebie, bez tego, by jakikolwiek aksjomat mógł skazić jej rzeczywistość.
Gdy się dobrze przyjrzeć, prawdą jest, że Audio-Psycho-Fonologia jest zasadniczo i wyłącznie wyzwaniem. Z którejkolwiek strony się ją bada, jawi się jako takie. I wystarczy wniknąć w jej wszechświat, by się o tym przekonać.
Stanowi ona apologię słuchania, słuchania indukowanego przez język. Słuchanie wypracowuje się bowiem w sposób współbieżny i jeśli jest język na najwyższym poziomie, na jakim go umieszczamy, to jest koniecznie jego odpowiedź: słuchanie. Bo na nic nie zdałoby się Logosowi przybranie swojej formy zwerbalizowanej, gdyby nie mógł upewnić się, że zostanie pojęty, aż po wcielenie poprzez słuchanie.
Tylko teolog poczuje się swobodnie wobec takiego sformułowania — on, którego wiedza jest nieustannie podtrzymywana przez leitmotiv zestawiający paralelnie słuchanie i mowę. Natomiast doskonale pojmuję, że twierdzenie, iż język — rozpatrywany w swojej najbardziej wypracowanej formie, to znaczy na poziomie prawdziwego dialogu — jest induktorem słuchania, a przez to samo ucha, ze wszystkim, co ono reprezentuje na płaszczyźnie organizacji korowej, stanowi wyzwanie wobec koncepcji embriogenetycznych. Te ostatnie mówią wprawdzie o indukcjach, lecz poszukują ich w elementach, które mobilizują aktywności mózgowe i które wyzwalają reakcje krok po kroku. Wszystko dzieje się w tym przypadku tak, jakby ogniskowały się w pewnych miejscach elektywne potencjalności zdolne odegrać rolę „organizatorów". Lecz uczony wzdraga się przed wykonaniem skoku, który grozi doprowadzeniem go ku „induktorowi nadrzędnemu", źródłu wszelkiej indukcji. Jego racjonalność go paraliżuje i zmusza do posuwania się na ślepo, krokami, podczas gdy traci swoją wizję z dali, w miarę jak horyzont się oddala.
To znowu wyzwanie — twierdzić, że słuchanie prowadzi ucho do stania się tym, czym jest. A jednak analiza w toku czasu, czy chodzi o przebieg filogenetyczny, czy o proces ontogenetyczny, ujawnia nam, że ucho organizuje się, by uzyskać dostęp do tej wyjątkowej funkcji, która wydaje się właściwa człowiekowi i która w istocie jest mu przypisana po to, by Logos się wyrażał. Lecz takie podejście wymaga, by rozważyć przewartościowanie fizjologii ucha i by zgodzić się tym samym iść wbrew zwyczajowym koncepcjom. Ucho ludzkie funkcjonuje bowiem dokładnie na odwrót niż się obecnie o nim myśli. Narząd słuchu ustanawia się przez swój przedsionek i pod wpływem ślimaka, który go tam prowadzi, aby mózg mógł pojąć wszelkie zjawisko dźwiękowe. Taka sprawność wymaga nie tylko dobrze określonej postawy posturalnej, ale implikuje również, że istota ludzka staje się słuchająca, z całym uchem otwartym, to znaczy z całym uchem wewnętrznym gotowym wejść w totalne posłuszeństwo wobec tej zasadniczej funkcji, zapraszając swoje aneksy środkowe i zewnętrzne, by dostosowały się do tego wymiaru.
Innymi słowy, słuchać to akt wysokiej natury, który podlega najwyższej funkcji mózgu, powołanej do integrowania tego, co Logos mu objawia. To wymaga, by zorganizowała się adaptacja wtórna, aby pozwolić uchu nabyć tę szczególną zdolność. Odtąd, stając się narządem zasadniczo odbiorczym, w czynnym sensie tego słowa, wzbogaca się ono o wszelką informację, a zarazem korzysta z miriad stymulacji, które ta postawa posturalna pozwala mu zebrać.
W ten sposób zbiera ono nie tylko bodźce dźwiękowe, z którymi kojarzą się znaczące sekwencje, jakie umie dekodować, ale również stymulacje, które koordynuje zespół przedsionkowy labiryntu. Dzięki odpowiedziom stawowo-mięśniowym i kostnym, jakie ten umie zebrać, ustanawia się w ten sposób cała gra statyki posturalnej antygrawitacyjnej i dynamiki kinetycznej ruchów.
Jeśli prawdą jest, że ta nowa koncepcja, która czyni ze słuchania nadrzędną funkcję ucha, rozpala i podsyca zainteresowanie psychologa, nie mniej prawdą jest, że napotyka ona bardzo często znaczący opór ze strony pewnych specjalności, takich jak audiologia i otorynolaryngologia. Zamknięte od kilku dziesięcioleci w danych teoretycznych, które prowadzą je w ślepe zaułki, te specjalności pozostają paradoksalnie głuche na nasze podejście. Wkroczywszy na fałszywe tropy od Helmholtza aż po Von Bekesy’ego, fizjologia słuchu, choć wzbogaca się każdego dnia o liczne cząstkowe wiadomości najwyższej wagi, w istocie nadal stawia problemy bez rozwiązania.
Otóż teoria, którą proponujemy na temat funkcjonowania ucha, odwraca polaryzację tych koncepcji, przypisując przewodnictwu kostnemu prymat, na który zasługuje. Wyjaśnia ona w ten sposób wyniki eksploracji prowadzonych obecnie w tej dziedzinie. Co więcej, uzasadnia je, ujawniając ich przynależność do tej samej jednostki funkcjonalnej.
To również wyzwanie — twierdzić przed lekarzami, że aparat słuchowy zachowuje się rzeczywiście jak centrala dynamogeniczna. Lecz czyż nie jest to wyzwanie jedynie dlatego, że jeszcze o tym nie pomyśleli? Zoolodzy, przeciwnie, znają od dawna ten energetyzujący efekt ucha i doskonale wiedzą, że ta funkcja jest czynnikiem pierwszorzędnym. Wyzwanie tkwi w istocie w konieczności obalenia barier, które rozdzielają dwie specjalności, tak bliskie sobie jednak na płaszczyźnie wiedzy fizjologicznej.
To również wyzwanie, wyzwanie rzucone lingwistyce — twierdzić, że język, rozpatrywany w swojej najwyższej funkcji, tej, którą nazwaliśmy „funkcją językową", okazuje się być induktorem głównym. Czyż lingwista nie ma bowiem dziwnej skłonności do wprowadzania stosunku odwrotnego? Dla niego język jest owocem środowiska społeczno-kulturowego. Prawdą jest, że człowiek jest powołany, by nazywać rzeczy i istoty, jak z taką prawdą i poezją stanowi Księga Rodzaju. Lecz funkcja mówna, która pozwala mu odpowiedzieć na to wezwanie, jest tylko analogiczną odpowiedzią funkcji językowej, samej indukowanej przez intencjonalność, która przekracza wszelkie pojmowanie. To przekroczenie bynajmniej nie usuwa wartości odpowiedzi fenomenologicznej i nie może nas nie zalewać zachwytem.
Badana na takim poziomie, lingwistyka przybiera całkiem inny aspekt, a język traci swój wymiar narzędzia, by być już tylko wydzieliną wysączoną przez ciało, które staje się odtąd mniej lub bardziej wysubtelnionym instrumentem funkcji językowej.
To również wyzwanie — twierdzić, że ucho jest receptorem komunikacji, który nie tylko integruje wypowiedź drugiego — co jest łatwe do pojęcia — ale jeszcze kontroluje własny dyskurs mówiącego dzięki wypracowaniu pętli audio-wokalnej, która czyni z ucha — a w przypadku najkorzystniejszym, z ucha prawego — regulator języka płynnie wyrażanego, z łatwością kontrolowanego we wszystkich swoich parametrach.
Wyzwanie trwa, gdy twierdzi się, że przez tę grę różnicowania dotyczącą preferencyjnego użycia jednego ucha kosztem drugiego organizuje się dynamiczna struktura międzypółkulowa. Burząc w ten sposób pojęcia lateralizacji, dotąd tak źle rozumiane i tak fałszywie wypracowane, nasza propozycja wprowadza montaż, który ujawnia mechanizmy obu półmózgowi. Jedna, półkula lewa, zapewni funkcje czuciowo-ruchowe, podczas gdy druga, prawa, przywłaszczy sobie kontrolę dobrego wykonania tych mechanizmów. Tak więc dialog międzypółkulowy przybiera całkiem inne znaczenie, gdy tylko przypisze się półkulom mózgowym aktywności współbieżne, a zwłaszcza komplementarne. Instaluje się podwójna polaryzacja pozwalająca scentralizować, w przypadkach wysokiego stopnia organizacji, całość aktywności czuciowej, sensorycznej i ruchowej całego ciała w mózgu lewym oraz skupić na mózgu prawym kontrolę wykonawczą całości tych aktów.
Jak widać, pojęcia powszechnie odnoszone do lateralizacji okazują się w ten sposób szeroko zmodyfikowane, przy czym język bierze górę nad wszystkimi innymi aktywnościami, które — choć przedstawiają wielkie zainteresowanie — są względnie pomniejsze w stosunku do tej zasadniczej funkcji. W naszej optyce ciało przyjmuje pozycję trójwymiarową wobec funkcji mównej. Jedna oś reprezentuje pionowość, tę postawę tak niezbędną do wypracowania aktu zwerbalizowanego. Druga oś gwarantuje wymiar lewo-prawo i pozwala zmierzyć, czy pętla audio-wokalna jest dominująca po jednej czy po drugiej stronie tej osi. Od tej regulacji zależeć będzie uzyskanie tego, co nazwaliśmy głosem prawym lub głosem lewym. Wreszcie trzecia oś wnosi wymiar tylno-przedni. Użycie ciała rozpatrywane zasadniczo w funkcji tych trzech osi ujawnia sposób, w jaki język wypływa, i pozwala wykryć opory, które przejawiają się przez nieprawidłową postawę lub złą koordynację.
Na szczycie tej dynamicznej hierarchizacji, jaką jest lateralizacja, możemy wówczas powiedzieć, że istota ludzka dochodzi do prawdziwego stanu fuzji, któremu można by przypisać nazwę oburęczności, by wskazać, że staje się zręczna po obu stronach, w przeciwieństwie do stanu obustronnej niezręczności, który wskazuje, że podmiot jest nieporadny po obu stronach.
Wychodząc od tych różnych danych, mogliśmy podtrzymać, na zasadzie nowego wyzwania, że ucho — rzecz jasna pod władzą funkcji językowej, której jest ostatecznie podporządkowane — było neurologicznie u źródła wyłonienia się układu nerwowego. W wyniku badań, które podjęliśmy w tej dziedzinie od ponad trzydziestu lat, mogliśmy wykazać istnienie trzech integratorów: integratora przedsionkowego, czyli somatycznego, integratora wzrokowego, czyli przestrzennego, oraz integratora ślimakowego, czyli lingwistycznego (zob. dokument w aneksie). Te trzy wielkie sieci neuronowe, które są zarazem czuciowo-sensoryczne i ruchowe, są oddane do dyspozycji funkcji językowej, która wyrazi się, w całej dynamice gestu i mowy, pod impulsem dróg piramidowych, prawdziwych przekaźników aktu woli.
Te różne wyzwania rzucone pod adresem audiologii, fizjologii, neurologii, lingwistyki doprowadziły nas do dojścia całkiem naturalnie do tego, co przyjęto nazywać psychologią, dyscypliny, w której — jak nam się wydawało — słuchanie i język zajmowały poczesne miejsce. Podjęta walka nie stała się jednak przez to łatwiejsza. Tendencje psychoanalityczne źle godziły się z wkładami technicznymi i elektronicznymi, które stanowiły środki edukacji słuchania i języka. Z drugiej strony szkoła behawiorystyczna odrzucała z góry symboliczną rzeczywistość, która rysowała się na wszystkich poziomach poprzez afektywne rezonanse rodzinne. Co zaś do psycholingwistyki, pozostawała ona uparcie wroga nowym koncepcjom, które czyniły z funkcji językowej zasadniczy induktor człowieczeństwa w człowieku.
Jednak z uporem, który nas charakteryzuje, stopniowo podchodziliśmy do sfery psychologicznej, wprowadzając dane, które eksperymentacja i klinika pozwalały nam zebrać w odniesieniu do zasadniczej roli, jaką ucho jest powołane odegrać na płaszczyźnie komunikacji istoty z jej otoczeniem. Tę komunikację szybko umieściłem in utero, na poziomie relacji pierwszej, relacji płodu z jego matką. Twierdząc wówczas, że geneza słuchania ustanawia się w trakcie życia płodowego, rzucałem nowe wyzwanie, niewątpliwie największe, jakie dane mi było podnieść, najbardziej fascynujące też przez przedłużenia, jakie zawierało na płaszczyźnie moralnej, na płaszczyźnie etyki ludzkiej.
To już od stanu zarodkowego życie przejawia się w swojej funkcji językowej, ponieważ — co z pewnością zostało zrozumiane — ten tryb ekspresji jest trybem samego życia, indukujący przez swoją obecność istotę, która je wciela z siłą i wigorem. Zarodek jest istotą pełnoprawną, włączoną w słuchanie od pierwszej iskry życia. Przyjmuje się dziś uważać, że płód słyszy już od 4. i pół miesiąca życia wewnątrzmacicznego, lecz miło mi twierdzić, że funkcja słuchania indukowana przez funkcję językową ustanawia się znacznie wcześniej niż w tym momencie. Jest już określona, wręcz przedokreślona. Takie twierdzenie prowadzi nas do podtrzymania, że w każdym akcie, który godzi w życie, jest eutanazja, czy będzie ona przedzarodkowa, zarodkowa czy płodowa.
To wprowadzenie w życie płodu w łonie macierzyńskim miało mnie zresztą wciągnąć w nowe śmiałości, w nową, rzekłbym, galerę. Symbolika matka-ojciec stawała się coraz bardziej oczywista i podczas gdy ciało potwierdzało swoje cielesne osadzenie macierzyńskie, obraz ojcowski przybierał inne znaczenie, utożsamiając się, przez semantykę, z pierwszym nasieniem, które uczestniczy, od samego początku, w iskrze życia.
W tej śmiałej, przyznaję, perspektywie ucho prawe przybierało całkiem szczególny sens, pełniąc funkcję receptora mowy i wiążąc tym samym ze sobą symbolikę ojcowską jako wektor w kierunku wszechświata społecznego, podczas gdy matka przypisywała sobie symbolikę lewej strony, przeszłości, głosu (a nie języka). Moje rozmaite doświadczenia kliniczne w tym wszechświecie miały niebawem uczynić z matki symbol somy, statyki, niepostępu, a nawet ucieczki, podczas gdy ojciec pozostawał symbolem przyszłości, dynamiki życia.
Słuchając Logosu, słuchając drugiego i siebie, ucho będzie słuchało ciała. Ostatni wzlot w tej powieści przygodowej pozwoli nam rozważyć somatyzacje na poziomie nie-dialogu między istotą, która zasiada w każdej jednostce, a jej ciałem obleczonym w jej osobowość. Tam może znajdziemy źródła chorób i otrzymamy nowe oświetlenie patologii.
Ciało bowiem odgrywa, w każdej chwili i na każdym poziomie, rolę kompensacji wobec odchyleń psychologicznych. Ten zawór unika wprowadzenia w świat psychiatryczny. Lepiej płacić ciałem niż duszą.
To nowe podejście jest niezaprzeczalnie wyzwaniem pod adresem zwyczajowej medycyny i zaproszeniem do modyfikacji istniejących struktur, aby choroba i cierpienie przybrały całkiem inne znaczenie niż to, które się im na ogół przypisuje. Musimy bowiem zmienić naszą postawę, by zrozumieć sens cierpienia bardziej niż powody jego istnienia, by pogłębić jego przyczyny i wydobyć naukę odnoszącą się do języka dotąd nieodczytanego: języka choroby.
W tej optyce wszelka choroba narządu jawić się będzie jako wchłonięcie przez ciało nerwicy, podczas gdy zwyrodnienia złośliwe wyrażać będą utrwalenia psychoz.
Przywołujemy tu przypadki skrajne, by mocniej uderzyć uwagę, lecz możemy też zaliczyć do wszystkich tych zaburzeń psychosomatycznych zapalenia ucha, anginy, zawroty głowy typu Ménière’a, głuchoty psychologiczne i wreszcie padaczki, prawdziwe auto-elektrowstrząsy, które podmiot sobie aplikuje, by położyć kres zbyt przemożnemu bólowi wywołanemu głębokim lękiem.
Wreszcie wymieńmy alergie, które wyrażają, w języku somatycznym, wypowiedź ciała, nie przez cierpienie, lecz przez zbyt wielki rezonans czyniący ostrą komunikację, w dynamice relacyjnej źle przeżywanej, w istocie zbyt odczuwanej, jak astma, egzema itd.
Teraz dobrze będzie, byśmy się tu zatrzymali, aby wreszcie, po tym następstwie wyzwań, które należą — musieli się Państwo zorientować — do tej samej dziedziny, móc oznajmić Państwu, co reprezentuje dla mnie Audio-Psycho-Fonologia.
Czym jest więc Audio-Psycho-Fonologia?
Jak wiadomo, termin „audio-psycho-fonologia" jest neologizmem. Został zbudowany kawałkami i etapami. W istocie chirurg otolog, którym byłem, stawał się z czasem audiologiem badawczym. Następnie, gdy zostałem doprowadzony do zajęcia się głosami zawodowymi — śpiewakami w szczególności — pojawił się termin „fono" i ustrukturyzował się w formie „fonologii", gdy rozszerzyłem pole badania na sam język. Tak więc audio-fonologia przybrała kształt i rozpoczęła swój wzlot.
Jednak podczas gdy mój skalpel chirurgiczny się tępił, a medycyna ujawniała mi swoje niezrozumienie wobec samego sensu choroby, zostałem doprowadzony do pociągnięcia organicysty, którym byłem, ku wymiarowi dotąd dla mnie nieznanemu, temu, który zajmuje się duszą. Podchodziłem do niej bez uniwersyteckiego uwarunkowania. Mierzyłem się z jej immanentną obecnością i jej nieuchwytną materialnością. Odkrywałem ją wszędzie, w każdej postaci, w każdej jednostce, wibrującą i rezonującą z większą lub mniejszą siłą.
Obiektywna, że tak powiem, obserwacja stanów dusz ofiarowała mi tym szybciej swój bogaty wachlarz, że jej interwencja stawała się oczywista zarazem w słyszeniu, które miało przekształcić się w słuchanie, i w języku, który odsłaniał swoje rzeczywiste wymiary. Te miały szybko się przejawić, wyrażając głębokie akcenty istoty, a nie wyrażając zwerbalizowane gęstwiny dyskursu naklejonego i narzuconego przez naciski społeczno-kulturowe, przez które każda jednostka uczy się kształtować swoją maskę.
Tak więc uznałem za słuszne i konieczne zastąpienie graficznego łącznika, który łączył dwa terminy „audio" i „fonologia", przez substancjalną rzeczywistość, jaką mogło reprezentować dołączenie „psyché". Odtąd Audio-Psycho-Fonologia przybierała kształt, na sposób mgławicy, która stopniowo się zagęszcza, zanim stanie się prawdziwym bytem. Stan przechłodzenia dokonał się we mnie samym w sposób progresywny i pociągnął za sobą, w pewnym momencie, proces krystalizacji, który pozwolił mi wykryć splecenia tego podejścia na różnych poziomach i w licznych dziedzinach.
Można oczywiście zapytać, czy Audio-Psycho-Fonologia jest nauką, czy też prowadzi do filozofii. Jeśli jest nauką, czy będzie musiała chlubić się przynależnością do dziedziny fizyki przez swoje podejście do zjawisk akustycznych? Czy też pozostanie zasadniczo solidarna z fizjologią przez percepcję słuchową i przez konsekwencje neurologiczne, które z niej wynikają? Można też zapytać, czy nie kieruje się ona, słusznie, ku lingwistyce, igrając w swoich różnych rejestrach z różnymi elementami dyskursu, od analizy jakości głosu aż po rezonanse semiologiczne.
W istocie jest ona czymś więcej niż tym wszystkim. Zmierza do przywrócenia norm sztuki życia. To w tym wpisuje się w same ramy psychologii, aż po utożsamienie się z nią, o ile zdecyduje się nadać tej ostatniej jej prawdziwy status, zdefiniować jej pole badania i zrewidować jej granice. To na tym poziomie chciałbym sprecyzować, co reprezentuje dla mnie psychologia i co uważam, że powinno być rolą psychologa w naszym dzisiejszym społeczeństwie, abyśmy mogli, w ostatecznej analizie, odnaleźć się na twardym gruncie.
Na razie, jak mi się wydaje, status psychologa ewoluuje na grancie grząskim, niepewnym, o niepewnych granicach, o niespójnych strukturach. Czyż nie jest prawdą, że od kilku dziesięcioleci psychologia błąka się drogami krętymi, bez wyjścia, co najmniej niebezpiecznymi. I im bardziej twierdzi, że się wzbogaca, tym bardziej grzęźnie. Bo wkracza w drogi mroczne, skomplikowane do woli, których podziemne przedłużenia atakują same fundamenty ludzkiej moralności, którą kończą podkopywać aż po jej zniszczenie. Co więcej, zależność, którą psychologia zdaje się odczuwać wobec medycyny, a zwłaszcza wobec psychiatrii, grozi jej utratą tożsamości. Może oczywiście oddawać usługi psychiatrom, ale nie jest przez to specjalnością, która emanuje z kasty medycznej. To, że byli lekarze, którzy zainteresowali się psychologią, to fakt, lecz psychologia nie powinna przez to stać się ich lennem.
Nikomu nie przyszłoby do głowy formułować, że psychologia wiąże się z fizyką pod pretekstem, że Wundt, Helmholtz i Fechner zaangażowali się w badania jej dotyczące. Jest ona i powinna pozostać niezależna. Każdy może się jej poświęcić, wnosząc swój dorobek, swój sposób myślenia, swoje wyuczenia, nie zmieniając przez to statusu i dynamiki tej dyscypliny.
Psychologia powinna pozostać tym, czym jest: nauką o duszy, to znaczy nauką o tym promieniowaniu właściwym każdej istocie, które wibruje w każdej jednostce pod skorupą jej postaci.
Co zaś do analizy duszy, nie jest ona do zrobienia lub, w każdym razie, powinna być rozpatrywana pod innym aspektem niż ten, który charakteryzuje obecnie zabiegi psychoanalityczne. Meandry nieświadomego, które z trudem wyraża się samo przez się, należy zaliczyć do fantazmatycznych przygód jednostki, mniej bogatych i mniej poetyckich, to prawda, niż tysiącletnie legendy, w których mity i mitologia znajdują swoje źródła.
Natomiast wydobycie na jaw zasłon interponowanych, które ukrywają istotę leżącą pod spodem, pozostaje głównym dziełem psychologa. Odkrycie tego, co nazywa się stanami dusz, jest samym dowodem obecności tych zasłon, które przeszkadzają poblaskom świadomości się przejawić. I jeśli prawdą jest, że dusza może być zniekształcona lub zabarwiona, to pozostaje, że istota sama w sobie, którą ona okrywa, jest z definicji, z esencji, absolutnie przejrzysta.
Dzieło psychologa polega na wykryciu tych zniekształceń, które przyczyniają się do stworzenia postaci fałszywej, boleśnie ustrukturyzowanej, źle czującej się we własnej skórze. To psychologowi przypada obowiązek przeprowadzenia ponownego uaktywnienia leżących pod spodem potencjalności istoty, dotąd stłumionych lub jeszcze nigdy niewykorzystanych.
Jeśli obecne podejście, powiedzmy diagnostyczne, jest doskonałe w materii psychologii dzięki ogromnemu wkładowi stanowionemu przez badania przeprowadzone od początku stulecia, to pozostaje jednak, że rozwiązania lecznicze nie podążyły za tą samą progresją. Ma się dziś zbyt wielką skłonność do mylenia elementów diagnozy z elementami terapii. Jak gdyby twierdziło się, że leczy się cukrzycę, robiąc trzy razy w tygodniu glikemię lub cukromocz, a nawet jedno i drugie naraz.
To na tym poziomie Audio-Psycho-Fonologia nabiera całego swojego wymiaru. Oferuje liczne i skuteczne środki, by uwolnić duszę z jej pęt. Przede wszystkim wnosi ważny element diagnostyczny przez wprowadzenie testu słuchania. Ten ostatni ujawnia nam nie tylko, jak podmiot słyszy, ale jak pragnie słuchać. To poziom rozwoju tej zdolności da nam klucz do stopnia osadzenia człowieczeństwa, które zamieszkuje jednostkę, i ukierunkuje całe późniejsze działanie terapeutyczne.
Następnie Audio-Psycho-Fonologia oddaje do dyspozycji psychologa środki, które możemy rzeczywiście uważać za mające najwyższą wagę. Aby do tego dojść, posługuje się elektroniką. A czemu nie? Jedni się przed tym wzdragają, inni znajdują w tym pociąg. To oczywiście w złotym środku usytuowana jest rzeczywistość, która przybiera niemniej aspekt nowego wyzwania.
To bowiem dzięki elektronice możliwe mi było zrealizować to, co nazywa się, w materii badań, „symulatorami", to znaczy zespoły zdolne funkcjonować na sposób… A podczas gdy starałem się pogłębić studium mechanizmów słyszenia, kierowałem się ku realizacji „modelu". Ten ostatni nie jest niczym innym niż kompleksem elektronicznym, który funkcjonuje już nie na sposób…, lecz jak samo ucho.
Nasz „model" przeszedł z czasem, co łatwo zgadnąć, modyfikacje w miarę, jak elektronika postępowała w swoich osiągach, ale miał zachować w toku lat nazwę „Ucha Elektronicznego". Ten „model" nie tylko zdaje się być posłuszny prawom, które rządzą mechanizmami ucha, ale jeszcze ma moc poprowadzenia ku dobremu funkcjonowaniu każdego ucha ludzkiego, które nie doszło, z różnych powodów, do dopełnienia swojej funkcji słuchania. Staje się odtąd prawdziwym wychowawcą labiryntu, dając mu zarazem jego zdolności przedsionkowe i jego wymiary percepcyjne ślimakowe.
Jak widać, Audio-Psycho-Fonologia poszerza w ten sposób pole działania właściwe psychologowi. Pozwala mu wzmocnić jego impakt i dowartościować jego interwencję. Rola psychologa polega odtąd na prowadzeniu kuracji, którą administruje, z uwzględnieniem etapów, które trzeba pokonać. Na poziomie duszy postępuje wówczas tak, jak czyni położnik, by uniknąć dystocji.
Nicią przewodnią kuracji pod Uchem Elektronicznym jest zawieszenie na funkcji słuchania, funkcji pierwszorzędnej, ontogenicznej i indukującej wszelką komunikację. Wzbudza ona u rodzącej się istoty zarys pierwszego pragnienia, pragnienia przylgnięcia do życia, tego życia, które ofiarowuje jej matka w swojej ciąży. Z tego początkowego spotkania, które nasze badania pozwoliły eksplorować z takim szczęściem, ustanowi się cała geneza relacji, z matką, potem z ojcem, i wreszcie z otoczeniem społeczno-kulturowym już wpisanym w dynamikę rodzicielską.
Dzięki kuracji, która pozwala podmiotowi na nowo przeżyć przewód ontogenetyczny, wychodząc od wewnątrzmacicznego słyszenia głosu matki, psycholog może wówczas nadać sensacji jej wymiar percepcji, a co lepsze, percepcji wolicjonalnej.
Widać, do jakiego stopnia rola psychologa okazuje się w ten sposób przekształcona. Stawszy się pedagogiem słuchania, będzie przewodnikiem, który wskazuje drogę temu, kto jest mu powierzony, ujawniając mu i usuwając zasłony, które zaciemniają jego horyzont. Da mu w ten sposób możliwość pełnego zmierzenia się z przeszkodami, jakie rezerwuje mu istnienie.
Czy to znaczy, pod kątem nowego twierdzenia, że czynimy z psychologa Audio-Psycho-Fonologa? Wydaje mi się, że nie może być inaczej. Wydaje mi się też, z coraz większą pewnością, że nie można uzyskać dostępu do Audio-Psycho-Fonologii, nie będąc psychologiem.
Trzeba jednak sprecyzować, co „psycholog" ma oznaczać. Być psychologiem to przede wszystkim kochać drugiego, słuchać jego duszy aż do wyczucia, jak wibruje w niej tchnienie ducha, które chce się wyrazić; to być obdarzonym wewnętrzną cechą bliską stanowi łaski. Bez tego nie jest się psychologiem, nawet jeśli ma się w kieszeni najpiękniejsze dyplomy uniwersyteckie. Nie ma psychologii bez tej inteligencji serca i będzie można ją spotkać zarówno u psychologa zawodowego, jak i u lekarza, lingwisty, muzyka, pedagoga czy wychowawcy.
Można więc twierdzić, że każdy psycholog, w szerokim sensie tego terminu, do którego się właśnie odnieśliśmy, jest z definicji, z esencji, audio-psycho-fonologiem. Oba wszechświaty przylegają do siebie z taką siłą, we wszystkich punktach i we wszystkich miejscach, że okazuje się bardzo trudne, wręcz niemożliwe, ich rozdzielenie.
Lecz jeśli ta fuzja staje się z czasem coraz bardziej oczywista, pojmuje się jednak, że to wszystko nie dokonało się w jeden dzień. We wszelkich badaniach trzeba umieć czekać. Niestety, rzadcy są ci, którzy potrafią wykazać taką cierpliwość, zanim zyskają pewność oczywistości. Wielu zawładnęło Audio-Psycho-Fonologią, by rozporządzać nią według swojego upodobania i również na swoim poziomie niezrozumienia. Uznali za słuszne wprowadzać innowacje, podczas gdy wystarczyło dać się porwać faktom, by móc iść dalej. Uznali za słuszne dostosować Audio-Psycho-Fonologię do swoich potrzeb, podczas gdy właśnie należało dostosować się do pewnych solidnie ustrukturyzowanych praw, by odkryć adaptację.
Lecz na szczęście droga jest otwarta, a niektórzy, którzy na nią wkraczają, w pełni zasługują na tytuł audio-psycho-fonologów. Niewątpliwie uniwersytet w Potchefstroom, ten sam, który zaprasza mnie dziś, bym się wypowiedział, jest jednym z tych, które tak potężnie przyczyniły się do wyłonienia się we mnie pojęcia jedności, jaka istnieje między Audio-Psycho-Fonologią a psychologią. Przez swoje cierpliwe oczekiwanie, przez swoją długą obserwację, przez swoje ostrożne zastosowanie, zespół z Potchefstroom pokazał, w toku lat, że umie podążać z prawością wytyczoną drogą.
Nie ma innej obserwancji niż posłuszeństwo prawom, regułom wymykającym się wszystkim aksjomatykom wypracowanym na podstawie ograniczeń intelektualnych. Chodzi w istocie o to, by być posłusznym, lub, co na jedno wychodzi, by stać się słuchającym praw fundamentalnych, które rządzą człowieczeństwem w człowieku, to znaczy tych samych, które pozwalają istocie wibrującej i żyjącej w każdym z nas się przejawić. Ta istota będzie mogła w ten sposób działać w całkowitej wolności. Będzie mogła promieniować bez przeszkód, bez tego, by interponowały się zabarwienia czy zniekształcenia działające jak filtry przeznaczone do zniekształcania rzeczywistości.
W istocie tylko stworzenie wyraża się przez językową moc swojego stwórcy. Człowiek będzie umiał tylko wyrazić to, co mu się przejawia, a jego słowo przywoła z tym większą wiernością to, co Logos mu dyktuje, im żadna interpozycja egzystencjalna nie przyjdzie zabarwić jego zwerbalizowanej ekspresji. Na tym poziomie, i tylko na tym, jego ekspresja będzie ekspresją prawdziwego dialogu, z którego wytrysną przywołania symboli, synchronicznie wytyczone przez język analogiczny równolegle wypowiadany w przypowieściach. Wszelki inny dyskurs, rodzaj uwarunkowania mniej lub bardziej hipnotycznego, zaangażuje się w dialektykę niskiego poziomu, bez przylegania do rzeczywistości.
Z pewnością wzloty, w które dobrowolnie Państwa wciągnąłem, by pokazać Państwu wagę i głębię tematu, który właśnie poruszyliśmy, wyrażają się przez wyniki namacalne, bardziej prozaiczne, dotyczące codzienności, problemów każdego dnia, od zwykłej trudności szkolnej aż po głębokie zaburzenie pragnienia życia. Te wyniki będą przedmiotem różnych komunikatów i pozostawiam mówcom, którzy uczestniczą w tym sympozjum, troskę o sprowadzenie Państwa, za pomocą liczb, ku pojęciom bardziej pragmatycznym.
Czy to znaczy jednak, że wszystko zostało znalezione i że nie ma już niczego do szukania? Daleka od tego moja myśl. Okazuje się, że wszedłem w kontakt z rzeczywistościami, które otworzyły mi szerokie pole eksperymentalne, w które zaangażowałem się bez zastrzeżeń. Lecz pozostaję przekonany, że trzeba teraz zapewnić zmianę warty i uformować solidne zespoły, by eksplorować tę ogromną dziedzinę. Trzeba będzie z pewnością pokoleń badaczy, by odkryć wszystkie jej zasoby. Gdy podchodzi się do nowego kontynentu, nie zna się jego bogactw wewnętrznych i podziemnych. Cała rzecz w tym, by być pewnym, że jest się rzeczywiście na twardym gruncie.
Jednak to właśnie po to, by odpowiedzieć na pojęcie wyzwania i wyzwania, które trwa, ująłem problem w jego rzeczywistym wymiarze, pewny zresztą, że propozycja, którą mi uczyniono, jak mówiłem przed chwilą, przez naszego przyjaciela Profesora Van Jaarsvelda, miała z pewnością inny rezonans w głębi, ten sam, który dotyczy całej Afryki Południowej. W istocie, któż lepiej niż Południowoafrykańczyk może zrozumieć, czym jest wyzwanie?
Jego istnienie, jego zaangażowanie, jego wiara, jego nadzieja w rzeczywistość, która zbliża się do absolutu, świadczą o tym. Z pewnością łatwo jest subtelnie wprowadzić zarzuty w pozytywne przedsięwzięcie w poszukiwaniu Życia. Lecz to właściwość ducha ludzkiego, by traktować z drwiną to, co zależy od esencji. Od tysiącleci tak jest, a biblijny „kadosz", który chce oznaczyć istotę niezrównaną, niezwykłą, świętego niejako, czyż nie przywołuje zarazem obrazu „głupca". Dane codziennej praktyki, tak dobroczynne w swojej nauce, nauczą mnie, że wszelka pozytywna idea jest nam dana darmo przez absolut z hojnością, która przekracza nasze pojmowanie, podczas gdy koncepcje negatywne nigdy nie kiełkują inaczej niż na pożywce psychik zniekształconych.
Oto doszedłem do końca drogi po tym długim wywodzie, korzystając ze sposobności, by przede wszystkim serdecznie podziękować Państwu za tak serdeczne przyjęcie, jakie zgotowali Państwo, mojej małżonce i mnie, z okazji tego sympozjum, i by następnie wyrazić Państwu moją wdzięczność za umożliwienie mi podtrzymania wobec siebie samego nowego wyzwania, tego, że wyraziłem się przed Państwem po angielsku. Może następnym razem będzie to po afrikaans.
Aneks
Trzy integratory
Całość układu nerwowego jest ściśle związana z aparatem słuchowym przez całą sieć funkcjonalną, która obejmuje głównie trzy wielkie drogi czuciowo-sensoryczne i ruchowe, które dane nam było odkryć w toku naszych badań nad uchem i które nazwaliśmy „integratorami".
Można wyróżnić:
- Integrator przedsionkowy (lub somatyczny)
- Integrator wzrokowy (lub przestrzenny)
- Integrator ślimakowy (lub lingwistyczny)
Integrator przedsionkowy
Filogeneza i ontogeneza zapraszają nas do uznania, że ucho ujmowane jako aparat sensoryczny jest w rzeczywistości tylko zewnętrznym atrybutem mózgu pierwotnego. W istocie ten ostatni nie jest niczym innym niż zespołem jąder przedsionkowych umiejscowionych w części opuszkowo-mostowej osi nerwowej.
Ten atrybut staje się organizatorem statycznej i dynamicznej relacji istoty z jej otoczeniem przez swoją część przedsionkową. Ta zapewnia stymulację niezbędną, pozwalającą temu mózgowi pierwotnemu być bombardowanym tyloma „bitami", ile trzeba, by zapewnić optymalną potencjalność każdego gatunku.
Innymi słowy, każdy labirynt zachowuje się jak prawdziwa centrala dynamogeniczna i zapewnia przez swoją obecność energetyzację niezbędną dla całości układu nerwowego.
Ten mózg pierwotny, wyposażony w swój aneks labiryntowy, będzie, już od życia zarodkowego i płodowego, indukował ustanowienie całego układu nerwowego. Ten aspekt ontogenetyczny, który przebieg filogenetyczny pozwala z łatwością zarysować, wprowadził nas szybko i całkiem naturalnie, że tak powiem, we wszechświat słyszenia wewnątrzmacicznego.
Zyskując pewność percepcji słuchowej istniejącej przed urodzeniem, mogliśmy w ten sposób rozważyć liczne przedłużenia natury terapeutycznej.
Ustanowienie sieci przedsionkowej pozwala zainstalować relację ze środowiskiem dzięki rozkwitowi włókien odśrodkowych przedsionkowo-rdzeniowych prostych i skrzyżowanych oraz, przy dołączeniu archeo- i paleo-móżdżku, włókien dośrodkowych Fleschiga i Gowersa. Te nowe twory móżdżkowe, aneksy mózgu pierwotnego przedsionkowego, są związane z tym ostatnim przez włókna przedsionkowo-móżdżkowe, które rzutują się zwrotnie przez pęczek pokrywowo-przedsionkowy emanujący z dachu móżdżku.
Całość dopełnia się przez dołączenie dwóch mózgów wtórnych, a więc mniej archaicznych niż jądra przedsionkowe, mianowicie oliwki opuszkowej i części centralnej jądra czerwiennego, łącznie, rzecz jasna, z ich pęczkami oliwkowo-rdzeniowymi i czerwienno-rdzeniowymi. Ta całość tworzy całość, którą nazwaliśmy „integratorem przedsionkowym somatycznym". Stanowi on sam w sobie aparat, który pozwala zarysowi obrazu cielesnego się umocnić, podczas gdy zapewnia zarazem i w sposób skuteczny, operacyjny, statykę i dynamikę ruchu, to znaczy kinetykę, w otaczającym środowisku, czy będzie ono maciczne, czy odnosić się będzie do świata zewnętrznego postnatalnego. Widać, jak ta całość przygotowuje instrument cielesny, który zostanie później przypisany językowi.
Integrator wzrokowy
Znaczącym dołączeniem będzie to, które nazwaliśmy „integratorem wzrokowym" i które na pewien czas, na przestrzeni kilku milionów lat — tak niewiele w istocie wobec wieczności — zawładnie integratorem przedsionkowym i uczyni go zależnym. To w ten sposób zwierzę będzie przemieszczać się prowadzone wzrokowo. Jednak labirynt następnie koryguje tę sytuację i znów staje się przeważający, zmuszając analizator wzrokowy, dotąd dominujący, by stał się na jego usługach. Już od pojawienia się ssaków interwencja labiryntowa, już działająca i organizująca w embriologicznym sensie tego terminu, daje się odczuć. A komendy regulacji dokonują się zarazem na poziomie korzeni przednich rdzenia i na poziomie opuszkowo-mostowym przez pęczki przedsionkowo-śródmózgowiowe, które od tej chwili sterują jądrami ruchowymi VI, IV i III pary nerwów czaszkowych, źródeł nerwów ruchowych oka. Ta ostatnia zdobycz towarzyszy rosnącej ruchliwości gałek ocznych aż po ustanowienie widzenia obuocznego u antropoidów. Ten etap jest owocem potężnego działania labiryntowego przedsionkowego na integrator wzrokowy. Obraz ciała, już zarysowany i przez to szeroko wzmocniony, pozwoli nie tylko istocie usytuować się w otaczającym środowisku, ale jeszcze pojąć to ostatnie.
Integrator ślimakowy
Wreszcie, w ostatnim etapie odpowiadającym nie ewolucji, lecz realizacji struktury indukującej wysokiego poziomu — i to o samej funkcji językowej myślimy — labirynt przedsionkowy (to znaczy łagiewka z kanałami półkolistymi i woreczek), który działa jak żyroskop rządzący równowagą, otrzymuje ślimak, prawdziwy sekstant, który narzuci mu określoną pozycję w celu zwiększenia jego skuteczności, a przez to uzyskania pionowości. Ta czyni z człowieka antenę — antenę neurologiczną — zdolną tłumaczyć analogicznie w funkcję mówną to, co funkcja językowa mu objawia. Aby to uczynić, pionowość jest konieczna, by ciało stało się receptaklem czuciowo-ruchowym ekspresji zwerbalizowanej. Aby mowa się wcieliła, niezbędne i nieodzowne jest, by język był zintegrowany w sposób ruchowy i sensoryczny. To całe ciało mówi. Lecz to ono również nasącza się, przesyca się, zapamiętuje. Pamięć jest wynikiem indukcji psycho-czuciowo-ruchowej.
Przez swoje pojawienie się w organizacji — w embriologicznym sensie tego terminu — ślimak determinuje ampliację mózgową. Pola pozapiramidowe stają się znaczne i będą rzutować na móżdżek bardziej wypracowane przeciwreakcje ruchowe, przez pęczki skroniowo-mostowo-móżdżkowe, czołowo-mostowo-móżdżkowe, ciemieniowo-mostowo-móżdżkowe i przez ich powrót móżdżkowo-zębato-czerwienno-wzgórzowo-korowy, z przeciwreakcjami sensorycznymi przez pęczki rdzeniowo-wzgórzowe oraz pęczki Golla i Burdacha. Jesteśmy w ten sposób w obecności tego, co nazwaliśmy „integratorem ślimakowym".
Przez ten ostatni mózg jest całkowicie połączony z móżdżkiem, który ujawnia nam w ten sposób bardziej wyraźnie swoją rolę miejsca przekaźnikowego, prawdziwej puszki połączeniowej, która pozwala labiryntowi zebrać całość odpowiedzi somatycznych bezpośrednio rzutowanych lub uprzednio skorowiałych. Tak więc, wzbogacony o całość tych informacji, labirynt będzie mógł koordynować i regulować cybernetycznie całą statykę i gestykę cielesną spontaniczną lub tę, którą narzuci mu decyzja aktu woli przez drogę pęczków piramidowych.
Bibliografia
- ADRIAN E.D. — 1943: Jour. Physiol. 101.
- ANSON, HARPER i HANSON — 1962: Ann. O.R.L. 71: 622-631.
- ANSON i WINCH — 1974: Badania naczyniowe nad kością skroniową i nad kosteczkami słuchowymi. Ann. O.R.L. 483; 142-158.
- BENCH — 1968: Transmisja dźwiękowa do płodu ludzkiego przez ścianę brzuszną matki — J. Genet. Physiol. 113, 83-87.
- BREEDBERG — 1968: Model komórkowy i zaopatrzenie nerwowe narządu Cortiego ludzkiego; Acta O.R.L., 235 suppl.
- CHRANILOV N.S. — 1927-1928: Beitr. z. Kenntniss des Weber’schen Apparates des Ostariophysii — I i II. Zool. Jahrb. — Vol. 49, s. 501-597 — Vol. 51, s. 323-462.
- CORDIER R. i DALCQ A.: Narząd statyczno-akustyczny — Traité de Zoologie — Grassé.
- DALCQ A. — 1933: Determinacja ucha wewnętrznego u kręgowców — Bull. Ac. Roy. Belg. 5e série — vol. 13, s. 544-558.
- DAYAL, FARKASHIDI i KOKSHANIAN — 1963: Embriologia ucha, Canad. J. O.R.L. 2; 136-142.
- EISENBERG — 1965-1967: Liczne artykuły o Elektr. i stymulacjach słuchowych.
- FALKNER — 1966: Rozwój człowieka — Mielinizacja, od 6. miesiąca życia płodowego, nerwu słuchowego, a w 9. miesiącu samego pola korowego; W.B. Saunders Company — Filadelfia.
- FLETCHER H. — 1929: Speech and hearing. Van Nostrand. New York.
- H. HEAD: Aphasia and Kindred disorders of speech — 1926.
- VON HELMOTZ H. 1863: On the sensation of tone as a physiological basis for the theory of music (First American ed. of the second English ed. of the fourth German ed.) Dover, New York 1954.
- HOAGLAND H. — 1935: Pacemakers in relation to aspect of behavior.
- W. V. HUMBOLDT: Ueber das vergleichende Sprachstudium, Berlin 1820. Ueber die Verschiedenheit des menschlichen Sprachbaues, Berlin 1836.
- KOSA i FAZEKAS — 1973: Wymiary kosteczek słuchowych płodu ludzkiego — Fülorrgégegyógyászat 19; 153-159.
- LOURIA A.R. — 1970: Higher Cortical Functions in Man — Basic Books. New York.
- MADONIA, MODICA i CALI — 1963: Niektóre interesujące aspekty grzebieni bańkowych u płodu ludzkiego — Clin. O.R.L. — 15 — 272-291.
- A. OMBREDANE: L’Aphasie et l’Élaboration de la pensée explicite — Paris — 1951.
- PALVA — 1970: Wodociąg ślimaka u dziecka — Act. O.R.L. 70-83-94.
- SALK — 1960: Efekty dźwięku bicia serca prawidłowego na zachowanie noworodka. Implikacje dla zdrowia psychicznego. — World Ment. Health — 12; 168-175.
- SAND A. — 1937: Proc. Roy. Soc. B. — 123.
- STANLEY JONES D. i K. — 1962: Cybernetyka istot żywych. Gauthier-Villars — Paris.
- TOMATIS A.A.: La Libération d’Œdipe — Éd. ESF — 1972.
- TOMATIS A.A.: Vers l’Écoute Humaine — Éd. ESF — 1974 — Tomy I i II.
- TOMATIS A.A.: L’Oreille et le Langage — Éd. du Seuil 1963. Éducation et Dyslexie — Éd. ESF 1972.
- TOMATIS A.A.: L’Oreille et la Vie — Éd. Laffont — 1977.
- TOMATIS Léna: L’Audio-Psycho-Phonologie, Carrefour des sciences humaines? — IIe Congrès National APP — Pau — 1976.
- TONNDORF J. — 1970: Cochlear mechanics and hydro-dynamics, in Foundations of Modern Auditory Theory. Acad. New York and London.
- TUMARKIN A. — 1968: Hearing mechanisms in vertebrates — Ciba Foundation — Symposium Churchill — London.
- VASILU — 1969: Przyczynki do studium morfofizjologicznego aparatu słuchowego; Rev. Roumaine — Physiol. 6.
- de VRIES H.I. — 1949: Struktur und Lage der Tektorialmembran in der Schnecke, untersucht mit neueren Methoden. Acta Oto-Lar. 37, 334-338.
- WATSON J.M. — 1939: The development of the weberian ossicles anterior.
- WITSCHI E. — 1950: The larval ear of the Frog and its during metamorphosis — Zeits. f. Naturforsch. — vol. 4 b — s. 230-242.
- WORF B.L. — 1968: Language thought and Reading — New York, Wiley and Sons — VII — 278 s. (language).
- W. WUNDT: Elemente der Völkerpsychologie, Leipzig, 1912. Die Sprache, Leipzig, 1912. Sprachgeschichte und Sprachpsychologie, Leipzig, 1901. Logik, 1922.
- ZWISLOCKI J. — 1948: Theorie der Schneckenmechanik. Acta Oto-Lar. Suppl. 72.
Źródło: Alfred A. Tomatis, „Le défi de l’audio-psycho-phonologie", wykład inauguracyjny sympozjum audio-psycho-fonologii, Chrześcijański Uniwersytet w Potchefstroom (Republika Południowej Afryki). Transkrypcja z faksymile (restauracja cyfrowa Francis Besson, 2012).